.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział XVIII


Cóż ja mogę powiedzieć? Jestem zadowolona z tego rozdziału. Na pewno w tym rozdziale napotkacie gdzieś jeszcze Ci, Cię, Ciebie napisane wielką literą, ale to dlatego, że Luie uświadomiła mnie jak już rozdział był w połowie gotowy, i pewnie nie wszystkie literówki wyłapałam. Chwała jej za to! (Ostatnia kwestia jest z premedytacją, bo tak lepiej wygląda :P)

Dedykuję go Luie. {szeptane-wspomnienia},
bo w tej części jest bardzo dużo 'miękkiego', uczuciowego Syriusza!

 Tym razem się postarałam, wiem co przy czym pisałam, więc proszę otwierajcie WSZYSTKIE linki (bo tytuł może być ten sam, ale piosenka inna ;)), bo robią niesamowity nastrój i każda część straci na wartości bez melodii! 
 

 
 

Nie bardzo wiedział co się z nim dzieje, co dzieje się z jego sercem kiedy widział tę zgrabną brunetkę, ani co wyprawia się w jego głowie, kiedy ona go całowała. Jeszcze nigdy nie czuł się w ten sposób. Żadna z jego dotychczasowych dziewczyn nie dawała mu tyle satysfakcji samą swoją obecnością. Już sama świadomość, że Rose jest gdzieś w pobliżu sprawiała, że na jego ustach mimowolnie pojawiał się uśmiech, a serce zaczynało bić jak szalone. Dziwiło go to. Nie potrafił przy niej grać tego chłodnego Casanovy, którego znali wszyscy. Syriusz Black rozczulał się na widok jej smutnej miny, starał się wtedy zrobić wszystko żeby ją rozweselić. Smucił się wtedy kiedy ona była smutna, śmiał się wtedy kiedy ona się śmiała. Chciał spędzać z nią każdą minutę jego życia. Jednak nie mógł jej nic zagwarantować. Sam nie do końca wiedział co się z nim dzieje, więc tym bardziej nie potrafiłby jej tego wyjaśnić, a nie chciał jej skrzywdzić. Rosaline jednak wydawała się znacznie bardziej wyrozumiała niż mogłoby mu się wydawać. Nie naciskała na niego, nie obłapiała jak poprzednie dziewczyny, nie oczekiwała od niego miłosnych wyznań na każdym kroku. Już wtedy wiedział, że to nie jest kolejna przelotna znajomość, że nie pozwoli jej tak prędko odejść, że jest ideałem. JEGO ideałem.
Złapał jej dłoń w swoją i wsadził obie do kieszeni swojego płaszcza, gdy szli na spacer przez zaśnieżone błonia. W odpowiedzi posłała mu jedynie delikatny uśmiech.

            - Coś Cię dręczy? – zapytał, zatrzymując się i jednocześnie łapiąc dziewczynę za ramiona, tak, że chcąc nie chcąc musiała na niego spojrzeć. Rozpływała się pod wpływem jego spojrzenia, które wydawało się przeszywać ją na wskroś.

            - Nie… to znaczy tak… sama nie wiem… - nie potrafiła swoich emocji ubrać w słowa. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco. Pogładził lekko dłońmi jej ramiona.

            - Wiesz, że możesz mi powiedzieć? Chcę Ci pomóc jeżeli masz jakiś problem. – Black naprawdę przejmował się tym co czuje Rosaline i mimo, że zgrywał bezdusznego, to pod tą maską krył się czuły mężczyzna, którego Łapa rzadko wypuszczał na światło dzienne.

            - Wiem, ale to skomplikowane. Bo… bo ja się martwię… martwię się o Lily i o Jamesa. – zaczęła niepewnie.

            - Ale coś z nimi nie tak? Rozmawiałem dzisiaj z Rogaczem i daje słowo, że wszystko z nim w porządku, oprócz tego, że jest kompletnym idiotą, ale w jego przypadku to akurat oznaka zdrowia. – dziewczyna zachichotała cicho.

            - Nie, nie o to chodzi. Chodzi o NICH. Ja mam takie… hmmm… - zastanowiła się chwilę. - …przeczucie, że oni powinni być razem i już wszystko układało się, szło w dobrym kierunku, zaprzyjaźnili się, Lilka zgodziła się umówić z Rogaczem, no i teraz ma jakieś wątpliwości... A Ty co o tym myślisz?

            - Myślę, Rose, że nie powinnaś zaprzątać sobie tym tej swojej pięknej główki. – to mówiąc, ucałował ją czule w czubek głowy, mocno przytulając do siebie. Rosaline wsunęła ręce pod płaszcz chłopaka, chcąc poczuć jak najmocniej jego bliskość. Przymknęła oczy, kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Uśmiechnęła się delikatnie, gdy usłyszała jego miarowo bijące serce. Miała przeczucie, że Lily i James powinni być razem, tak samo jak przeczuwała, że Syriusz nie traktuje jej na równi z innymi. Codziennie rano, budząc się, miała nadzieję, że w żadnej z tych spraw się nie myli.


***


Spojrzała na profil Remusa, kiedy szli zaśnieżonymi błoniami w całkowitej ciszy. Szedł prosto przed siebie, a jego usta wykrzywione były w delikatnym uśmiechu. Liczne blizny na jego młodej twarzy sprawiały, że wyglądał na znacznie starszego i dużo bardziej zmęczonego niż rzeczywiście był. Przez chwilę szli w zupełnej ciszy, jedynie śnieg skrzypiał pod ich butami. Rudowłosa wyprzedziła Lupina i zaczęła iść przed nim tyłem. Chłopak zdziwiony nieco zwolnił kroku i podniósł wysoko brwi. Evans uśmiechnęła się szeroko do przyjaciela, łapiąc go za przeguby rąk.

            - Powiedz mi, Remusie, jak to jest być zakochanym? – zapytała miękkim głosem, spoglądając w miodowe oczy chłopaka, który w tym momencie nieco się zaczerwienił.

            - Lily…eeee… ja nie wiem… - zająknął się, starając się uniknąć uważnego wzroku Evans. Dziewczyna, przechyliła głowę nieco na bok, mrużąc oczy. Uśmiech wciąż nie schodził z jej zaczerwienionej od mrozu twarzy.

            - Oh, przestań! Widzę, że wpadłeś po uszy! – Lunatyk, o ile to możliwe, zarumienił się jeszcze bardziej, a Lily zachichotała dziko, widząc zmieszaną minę przyjaciela. – To wspaniale!

            - Wcale nie Lil. – Remus znacznie zmarkotniał, wsadził ręce do kieszeni płaszcza. – Widzisz, jeżeli tak jak ja, masz futerkowy problem, to wygląda to zupełnie inaczej.

            - Przestań Lunatyku, nie powinieneś postrzegać się poprzez swoje wilkołactwo. – ściszyła głos prawie do szeptu, mimo, że śnieg okrywający błonia, doskonale wygłuszał każde ich słowo, a w około nie było ani żywej duszy.

            - Ja po prostu uważam, że nie zasługuję na coś takiego jak miłość. – pogmerał chwilę butem w śniegu, po czym ruszył dalej przed siebie. Evans złapała go pod ramię, wtulając twarz w rękaw jego szarego płaszcza. – Ale gdybym, nie był chory, myślę, że unosiłbym się ze szczęścia kilka centymetrów ponad ziemią. Najdrobniejsze codzienne czynności sprawiałyby mi radość, a jeszcze szczęśliwszy byłbym gdybym mógł dzielić się nią z ukochaną osobą. Najwięcej przyjemności, sprawiałby mi jednak uśmiech na twarzy mojej kobiety. – posłał w stronę rudowłosej promienny uśmiech, błądząc nieobecnym wzrokiem, po czubkach drzew zakazanego lasu.

            - Remusie, jak nikt zasługujesz na miłość. – szepnęła Evans, mocniej ściskając ramię chłopaka. – To co mówisz o miłości, to jak traktujesz innych jest niebywałe, niewiarygodne.

            - A jednak jestem potworem. – Lupin spuścił głowę, wpatrując się w sznurówki swoich wysłużonych, zimowych butów.

            - Jesteś głupi, a nie potworem. Jesteś najwspanialszym, a jednocześnie najgłupszym facetem w historii. – zachichotała cicho, wsadzając dłoń do kieszeni jego płaszcza i splatając ich palce razem. Remus w duchu dziękował Bogu za takich przyjaciół. Nie mógł wyobrazić sobie lepszych. Przy nich, naprawdę czuł się wyjątkowy, a każdy z nich był zupełnie inny. James zawsze stanąłby w jego obronie, Syriusz nigdy nie owijał w bawełnę i służył dobrą radą, Peter, gotowy był godzinami wysłuchiwać jego monologów, Rosie potrafiła poprawić mu humor jak nikt inny, a Lily…Lily po prostu była i zawsze go wysłuchała, nigdy nie wyśmiała jego problemów jeśli były wyjątkowo błahe i głupie. Zawsze służyła pomocą, nie tylko jemu, ale i innym, nawet kiedy sama musiała się dla nich poświęcić.
 W ludziach zawsze szukała dobrych cech, nawet w Rogaczu, którego nigdy nie lubiła, widziała wiele pozytywów. Dlatego też, Remusa nie zdziwiła jej postawa kiedy powiedział jej o swoim futerkowym problemie.

Uśmiechnął się do rudowłosej ponuro, gdy ta nie spuszczała wzroku z jego twarzy. Ścisnął jej dłoń swoją i pierwszy raz podczas tej rozmowy odważył jej się popatrzeć prosto w oczy. Widziała w nich mieszaninę strachu, zaniepokojenia, ale także niemą prośbę.

            - Więc? O czym chcieliście ze mną porozmawiać? – spojrzała po kolei na każdego z Huncwotów. James stał w lekkim rozkroku z założonymi rękoma i patrzył to na Remusa, to na Lily, Black rozsiadł się wygodnie okrakiem na krześle, zupełnie jakby dosiadał małego kucyka, ramiona kładąc na oparciu, a Peter ze zdenerwowania trząsł nogami, obgryzając paznokcie. Uniosła wysoko brwi, wyczekująco patrząc na Lupina.

            - Właściwie, to ja… ja chciałem ci coś powiedzieć. – mruknął niepewnie Lunatyk, cofając swoją dłoń i prostując się sztywno na kanapie. – Tylko bardzo cię proszę, żeby ta informacja, nigdy, przenigdy nie wyszła za próg tego pomieszczenia. – Lily pokiwała ochoczo głową, dając tym samym do zrozumienia chłopakowi, żeby kontynuował. Remus spuścił głowę, intensywnie patrząc się na swoje dłonie. Chwilę pomiędzy nimi panowała zupełna cisza. Szatyn miał wrażenie,  że Lily zaraz usłyszy jego coraz szybciej bijące serce.

            - No dalej Remusie, wykrztuś to z siebie. – Rogacz położył, dłoń na ramieniu przyjaciela, dodając mu tym samym odwagi i otuchy. Lupin kiwnął kilka razy głową i spojrzał ponownie na twarz Evans.

            - Obiecaj też, że postarasz się to zaakceptować, oczywiście nie chcę cię do niczego zmuszać, ale nie chciałbym, żebyś z tego powodu całkowicie się ode mnie odwróciła. – serce rudowłosej zaczęło bić znacznie szybciej niż kiedykolwiek. Nigdy w życiu nie widziała Huncwotów takich poważnych. Spojrzała na Pottera, z którego twarzy nie potrafiła odczytać żadnych emocji. Jeżeli to ich kolejny żart, to zabiję ich po kolei, gołymi rękoma – obiecała sobie w myślach.

            - Remus, powiesz wreszcie o co chodzi? – zapytała zniecierpliwiona Lily, próbując złapać kontakt wzrokowy z przyjacielem.

            - Mam problem…futerkowy problem. – mruknął, niemalże szeptem. Czuł się jakby przez jego ciało przeniknął duch, a jego niewidzialna ręka coraz mocniej zaciskała się na jego żołądku.

            - Nie bardzo rozumiem o co chodzi… - powiedziała zdezorientowana Evans, spoglądając kątem oka na Syriusza, który oparł brodę na dłoniach.

            - Jest wilkołakiem, Evans. – odpowiedział za przyjaciela Black, przewiercając Rudą wzrokiem. Z serca Lunatyka opadł jeden z kamieni, które na nim ciążyły. W głębi duszy dziękował Łapie za to, że wyręczył go w tym trudnym wyznaniu, jednak z drugiej strony, pluł sobie w brodę, że nie był na tyle odważny, by samodzielnie wyznać prawdę swojej przyjaciółce.

            - Że kim? – Lily ze zdumienia nie była w stanie się poruszyć, dopiero po chwili zorientowała się, że na chwilę przestała oddychać. Zamrugała kilkukrotnie, jakby nie dowierzając w to co przed chwilą usłyszała. Patrzyła intensywnie w Remusa, który za wszelką cenę unikał jej wzroku. Chłopak po chwili zerwał się na równe nogi i wściekły kopnął w najbliżej stojący stolik, który przesunął się kilka metrów dalej.

            - Wiedziałem żeby tego nie mówić, wszystko zepsułem! – warknął, łapiąc się palcami za włosy. Syriusz z Jamesem natychmiast rzucili się by uspokoić przyjaciela. Evans nie potrafiła uświadomić sobie jak taki inteligentny i spokojny chłopak jak Remus, mógł w każdą pełnię księżyca stawać się bezlitosną bestią. Jak to w ogóle możliwe, że coś tak okropnego mogło przydarzyć się tak wspaniałej osobie. Rudowłosa bez chwili namysłu zerwała się z kanapy i przecisnęła się między Rogaczem i Łapą. Objęła Lupina ramionami przytulając go mocno do siebie. Chłopak był w takim szoku, że w pierwszym momencie nie dotarło do niego to co przed chwilą się stało. Dopiero po chwili otrząsnął się i też objął dziewczynę. Z jej oczu wypłynęło kilka dużych łez, które spłynęły po jej policzkach i swoją drogę skończyły na brązowym swetrze chłopaka, w który szybko wsiąknęły.

            - Remusie, to zbyt błahy powód, by rezygnować z takiej wspaniałej przyjaźni. -Wymamrotała w jego ramię, pozwalając by z jej oczu płynęły łzy. Kamień opadł z serca Lupina. Przymknął oczy i wtulił twarz w kasztanowe włosy Evans.

            - Remus, halo! – rudowłosa wyrwała go z zamyślenia.

            - Proszę? Przepraszam, zamyśliłem się. – posłał jej przepraszający uśmiech. – Więc o co pytałaś?

            - Opowiedziałam ci właśnie historię, jak to byłam w tobie szaleńczo zakochana w drugiej klasie! – wystawiła mu język, na co Remus krótko się zaśmiał. – A o czym tak myślałeś?

            - Wspominałem, jak na piątym roku w Pokoju Życzeń powiedziałem Ci, że jestem wilkołakiem. – posłał w jej stronę serdeczny uśmiech.

            - Ahhh…później całą noc nie spałam. Nie mogłam uzmysłowić sobie tego, jak taki spokojny facet jak ty, może zamieniać się w pełnię w krwiożerczą bestię.

            - Oh nie przesadzaj! Jestem całkiem miłym wilkołakiem. – zaśmiali się oboje, a ich śmiech stłumił zalegający na ziemi śnieg. Po tylu latach spędzonych z Huncwotami, nauczył żartować się ze swojej choroby, jednak wciąż postrzegał siebie poprzez pryzmat likantropii i nikt do tej pory nie był w stanie tego zmienić, nawet najlepsi przyjaciele pod Słońcem, którzy pieszczotliwie nazywali jego wilkołactwo futerkowym problemem i nie odbierali tego jako realny problem. Faktycznie, pełnie były męczące, już kilka dni wcześniej Remus zaczynał czuć się znacznie gorzej, jednak dzięki szkolnej pielęgniarce, Lily, która co miesiąc ważyła dla niego eliksir dodający wigoru, a także pozostałej czwórce przyjaciół, pełnie stały się dla niego mniej nieprzyjemne. Lupin był wdzięczny Dumbledore’owi za to, że przyjął go do szkoły i umożliwił mu poznanie tych wspaniałych osób. Czasami Remus odnosił wrażenie, że Albus przewidział, że ci Gryfoni, będą trzymać się razem.


***



Syriusz przeczesał dłonią włosy, po czym odpalił zmarzniętymi dłońmi kolejnego papierosa. Zupełnie zignorował grupę siedemnastoletnich Puchonek, które zachichotały na ich widok. James odbił się rękoma od ściany i podszedł do przyjaciela, stojącego przy drugim filarze. Wyciągnął do niego rękę, na której Black od razu położył mugolskiego skręcanego papierosa.

                - Wiesz, Łapa...- przerwał Rogacz, aby odpalić skręta. -... Nie sądziłem, że dożyję tej chwili, w której będziesz na tyle zakochany, żeby olać, seksowne Puchonki. - Black machnął na przyjaciela ręką, wypuszczając dym z ust. Oparł się ramieniem o gruby filar, a nogi skrzyżował w kostkach. Popatrzył na przyjaciela spode łba i wrzucił do śniegu spaloną zapałkę. Wciąż nie mógł ze swoich myśli wyrzucić Rose. Cały czas zastanawiał się co właśnie robi albo gdzie jest. Powoli zaczynał podejrzewać, że wariuje i niedługo zamkną go na oddziale psychiatrycznym w Świętym Mungu. Prychnął cicho pod nosem, oglądając z bliska rozżarzoną końcówkę papierosa.

                 - Rosie nie lubi jak palę. - zaczął, mimowolnie uśmiechając się pod nosem, na wspomnienie brunetki. - Uważa, że się truje, a poza tym nie lubi całować popielniczki. - James oparł się na łokciach, na kamiennym ogrodzeniu dziedzińca, spoglądając na zasypaną śniegiem fontannę. Mocno pociągnął z papierosa, po czym odwrócił głowę w stronę przyjaciela. Black zgasił peta butem, po czym oparł się tuż obok Pottera.

                - Teraz oboje mamy przerąbane Rogaś... - westchnął ciężko Syriusz, trąc dłońmi o siebie i chuchając na nie.

                 - Ty przynajmniej swoją usidliłeś... No albo ona Ciebie. - zarechotał Rogacz za co Black trzepnął go solidnie w głowę. - Za to moja jakoś nie chce...

                 - A tu cię zdziwię drogi kolego - odparł Black, uśmiechając się tajemniczo. Potter uniósł wysoko jedną brew. Spojrzał na przyjaciela jak na człowieka niespełna rozumu. Jednak Syriusz kontynuował, ignorując jego wymowne spojrzenie. - A tak, że rozmawiałem z McRain.. - Łapa powiedział to takim tonem, jakby opowiadał o tym, że pokonał Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać po śniadaniu.

                 - I? - niecierpliwił się Rogacz, czekając na wyjaśnienia.

                 - A to, że z rozmowy z nią wywnioskowałem, że powinieneś wkroczyć teraz do akcji, bo pojawił się jakiś przygłup na horyzoncie i nasza Ruda się nim niebezpiecznie mocno zainteresowała.

                 - Eeee, chodzi o Logana, mówiłem ci o nim. Evans jest zbyt inteligentna żeby się z nim umówić. Nie wiem czy on poza swoimi mięśniami ma jeszcze czym jej zaimponować. Jest tępy jak noże z kuchni. Dalej jest przekonany o tym, że uwierzyliśmy mu w to, że kiedyś wypił sam dwie butelki Ognistej i dalej stał na nogach. - oboje zaśmiali się głośno na wspomnienie, opowiadającego im o swoich alkoholowych podbojach, Duriego Logana. - Swoją drogą w Sylwestra możemy to łatwo sprawdzić. - oczy Pottera niebezpiecznie rozbłysły, a na usta wpłynął ironiczny półuśmiech.

                 - Dobra Rogaś... - Syriusz klepnął przyjaciela lekko w ramię, prostując się. -... Kończ tego szluga i zmywamy się. Nie chcę żeby McGonagall znowu wlepiła nam tygodniowy szlanan za palenie papierosów. - wzdrygnął się na samo wspomnieni, okropnych chwil spędzonych w towarzystwie woźnego Filtcha. Potter ostatni raz pociągnął z papierosa, po czym wyrzucił go w najbliższą zaspę. W ciszy powlekli się przez zaśnieżony dziedziniec do zamku.

***

 

Wyszła przez obskurne drzwi na ciemny korytarz. Jedynie na jego końcu, zielonym płomieniem, paliła się niewielka świeca, dając nikłe światło. Lily niepewnie wykonała pierwszy krok, parkiet pod czarnym zakurzonym dywanem zaskrzypiał donośnie. Wyciągnęła przed siebie rękę z różdżką, którą oświetliła sobie korytarz. Obrazy na ścianach były przekrzywione, a ramy pokrywały duże ilości kurzu. Na niedziałających kinkietach zalegały ogromne pajęczyny. W momencie kiedy chciała wykonać kolejny krok, na przeciwległą stronę korytarza wpadła postać, w długiej czarnej pelerynie i kapturze, z wyciągniętą różdżką. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę. W tej chwili serce rudowłosej przestało bić. Jego twarz zakrywała maska. Spojrzał stalowymi oczyma na nią. Strach ją sparaliżował, gdy mężczyzna ruszył szybkim krokiem w jej stronę. Nie mogła się ruszyć, kiedy nieznajomy skierował swoją różdżkę w jej stronę.

            - Avada…

W tym momencie rudowłosa obudziła się cała zlana zimnym potem. Otworzyła szeroko oczy, oddychając głęboko. Prędko rozejrzała się po pomieszczeniu, jakby chcąc upewnić się, że na pewno się obudziła. Kotary we wszystkich łóżkach były pozasuwane. Całkowitą ciszę w dormitorium zakłócały jedynie miarowe oddechy jej współlokatorek. Spojrzała na zegarek, który wskazywał pierwszą dwadzieścia trzy. Wstała z łóżka, naciągając na stopy ciepłe kapcie. Narzuciła na siebie trochę za dużą bluzę Syriusza i nieco jeszcze zaspana zeszła do Pokoju Wspólnego.

            - Rogacz? – ściągnęła brwi, widząc bruneta, siedzącego na fotelu pochylonego nad stolikiem stojącym naprzeciwko kominka w Pokoju Wspólnym. Zawzięcie pisał coś na skrawku pergaminu. Płomienie dogasające w kominku odbijały się w szkłach jego okularów. Podniósł trochę zmęczony wzrok na Gryfonkę. – Nie śpisz? – usiadła na kanapie i podciągnęła kolana pod brodę.

            - Musiałem napisać do rodziców. – upchnął, złożony pergamin, głęboko do kieszeni spodni. Przetarł oczy pod okularami, po czym ziewnął przeciągle. – A Ty czemu nie śpisz? – uśmiechnął się do niej, opierając się łokciami na kolanach i splatając palce ze sobą.

            - Miałam koszmary. – posłała w jego stronę blady uśmiech, zawieszając wzrok, na ogniu palącym się w kominku. Jednak cichy głosik w jej głowie, wciąż uparcie powtarzał, że to nie był zwykły koszmar. Po chwili prychnęła głośno, przerywając panującą pomiędzy nimi ciszę. Potter uniósł wysoko brwi do góry. – Dzisiaj się nie wyśpimy, jutro całonocna warta, a pojutrze Sylwester. Super. Już bokiem wychodzi mi bycie Prefektem.

            - Nie wydaje Ci się czasami, że Dumbledore wariuje? Te wszystkie zasady, warty, ochrona…W dodatku mama mi kiedyś wspomniała, że chce do szkoły wezwać aurorów.

            - Ehhh… Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież Sam-Wiesz-Kto nie jest na tyle głupi, żeby napaść na Hogwart. – rozprostowała nogi w kolanach, wygodnie układając się na kanapie. – Poza tym, to chyba dobrze, jeżeli w zamku pojawią się aurorzy. Będziemy bezpieczni… - mruknęła ponuro.

            - Ministerstwo jest skorumpowane! Aurorzy są w szeregach Voldemorta, Lily, nigdzie nie jest bezpiecznie, a na pewno nie tam. Oni nie zapewnią nam bezpieczeństwa, sami musimy zadbać o dobro naszego świata. – Rogacz znacznie ściszył głos, dokładnie dbając o to, żeby usłyszała go jedynie rudowłosa.

            - James… zdajesz sobie sprawę, że to brzmi absurdalnie? To… to wszystko, mam wrażenie, że to jakaś mrzonka, senny koszmar, że zaraz się obudzę i ta ciemność się rozpłynie. – Lily wstała, obejmując się ramionami. Podeszła do okna. Spojrzała na skąpane w ciemności, ośnieżone błonia. Wiotkie gałęzie drzew uginały się pod zalegającymi na nich kopach śniegu. Było tak spokojnie, zupełnie jakby w świecie czarodziejów nic się nie działo. Jakby nie było na świecie zła. Dreszcz przebiegł po jej plecach. Sama nie widziała czy to z zimna, czy spowodował to fakt, że Potter podniósł się z fotela i ruszył w jej stronę.

            - Bardzo chciałbym żeby tak było, żebym nie musiał codziennie wstawać i kłaść się z myślą, czy następnego dnia nie zginie ktoś z moich bliskich. Martwię się o rodziców, o Syriusza, Petera, Remusa, Rose, o ciebie… Chciałbym żebyś była bezpieczna i szczęśliwa, żebym mógł patrzeć jak się uśmiechasz, jak jesteś szczęśliwa, żebyś się nigdy nie smuciła. Była wolna od problemów i strachu, wierz mi, że gdybym mógł, przejąłbym od ciebie wszystkie twoje troski. – zadrżała, kiedy poczuła jego dłoń na jej ramieniu, jednak nie odsunęła się. Bliskość bruneta działała na nią kojąco, uspokajała ją, to przy nim czuła się najbezpieczniej. Przesunął swoją dłonią wzdłuż jej ręki, łapiąc jej palce w swoje. – Ale zobaczysz, że już niedługo to wszystko się skończy. – nie wyrwała swojej dłoni, już wtedy podjęła decyzję, że to jest ten czas. Że nadszedł odpowiedni moment. Musi zacząć żyć chwilą. W tych mrocznych czasach, które nastały, nie ma czasu do stracenia, nie ma czasu by czekać na jutro, które może nie nadejść. W jej głowie obijały się słowa Rose, które brunetka powtarzała jej wielokrotnie: Lily, on wcale nie jest taki zły…, Nie masz na co czekać, skąd wiesz, że jutro wstanie słońce? Może już nigdy nie uda ci się spróbować. - Ludzie nie będą żyli w ciągłym strachu, będą wolni, bezpieczni i szczęśliwi. Nie będą musieli wybierać między dobrem, a złem. Jedynym problemem, będzie zdobycie ukochanej osoby… - odwróciła się w jego stronę, stając z chłopakiem twarzą w twarz. W półmroku panującym w Pokoju Wspólnym, jego oczy błyszczały niczym dwie świece, zupełnie jakby płakał.

            - Wierzysz w to? – zapytała ochrypłym głosem, niemrawo podnosząc na niego wzrok. Mocniej ścisnął jej dłoń w swojej i zrobił niewielki krok w jej stronę, tak, że prawie dotknęli się brzuchami. Posłał jej blady uśmiech kiedy również jej palce zacisnęły się na jego ręce.

            - Trudno jest nie wierzyć w nic, więc najlepiej uwierzyć w lepsze jutro. Tak, tak jest zdecydowanie łatwiej. – jak w spowolnionym tempie widział, jej rękę, która powoli, centymetr po centymetrze przybliżała się do jego twarzy. Przymknął powieki, kiedy poczuł jak jej zmarznięte palce stykają się z jego rozpalonym policzkiem. Nabrał głośno powietrza do płuc, kiedy jej dłoń spoczęła na jego ramieniu. Powolutku, jakby bojąc się, że ta sytuacja okaże się nieprawdą, otworzył oczy. Jednak nim zdążył zareagować, delikatne wargi rudowłosej dotknęły jego ust. Był w takim szoku, że dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego to co się właśnie stało. Uśmiechnął się lekko, z zapałem oddając pocałunek. Oplótł ją mocno ramionami w talii, rozkoszując się jej bliskością. Kolana niemalże ugięły się pod nim, kiedy Lily wplotła palce w jego rozczochrane kruczoczarne włosy. Zaśmiał się cicho, nie przestając jej całować. Poluźnił uścisk, kiedy poczuł na swoim policzku łzę. JEJ łzę. Nieznacznie odsunął ją od siebie, by móc na nią spojrzeć. Kasztanowe kosmyki wyswobodziły się spod władzy cienkiej gumki i sterczały w każdą stronę. Intensywnie zielone oczy błyszczały jak tafla lustra, a na zarumienionych policzkach pojedyncze łzy nakreśliły dwie prawie niewidoczne wilgotne ścieżki, które kończyły się w okolicy brody. Złapał jej twarz w swoje dłonie i kciukami otarł mokre lica dziewczyny.

            - Co się stało, czemu płaczesz? – zapytał miękko, spoglądając na nią zza swoich okularów. – Na pewno nie całuję tak źle. – mruknął, na co Evans uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła szybko głową.

            - Po prostu nie wiem jak mogłam czekać tak długo, jak mogłam tak długo się zastanawiać, wahać… - zimną dłonią błądziła po jego twarzy. Przeczesała włosy tuż nad czołem chłopaka, dotknęła jego brwi, przejechała palcami po szorstkim policzku, swoją drogę kończąc na ciepłych wargach Pottera. – Możesz to powiedzieć? Raz jeszcze, chcę to usłyszeć od ciebie. – mruknęła przybliżając się do niego. Spojrzała w jego przepełnione miłością, orzechowe tęczówki.

            - Kocham Cię. – powiedział, po czym, nie czekając na jej odpowiedź, namiętnie ją pocałował.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ XVII

A dodam, bo jak nie dodam to znowu coś poprawię i skończy się tak, że cały rozdział zmienię.
Nawet, że troszkę mi się podoba, jest taki o wszystkim i o niczym. Mam nadzieję, że podzielicie moje odczucia. 

Ten rozdział powstawał tak długo, że nie wiem co Wam zaproponować do słuchania, pamiętam jedynie, że część pisałam przy
Tekstem chyba ma się do treści nijak, ale najważniejsze to żeby dobrze wam się przy tym czytało, a wychodzę z założenia, że jak mi się przy czymś dobrze pisze to będzie wam się dobrze przy tym czytało. 
Jak znajdziecie coś odpowiedniejszego to koniecznie piszcie w komentarzach!



Kiedy się obudził, w jego głowie wciąż szumiało od nadmiaru alkoholu. Podniósł się z łóżka na łokciach. Rozejrzał się niemrawo po dormitorium, jego wzrok padł na leżącą obok niego dziewczynę. Jej niemalże czarne włosy leżały rozsypane na kremowej poduszce. Z jej policzków nie zniknęły jeszcze szkarłatne rumieńce. Szybko wciągnął na siebie spodnie i koszulę od wyjściowej szaty, uważając by nie obudzić dziewczyny.
Podszedł do łóżka na którym spała i złożył delikatny pocałunek na jej malinowych, lekko rozchylonych ustach. Rosie zamruczała cicho, obracając się na plecy. Otworzyła nieznacznie oczy, mrużąc je przed wpadającymi do pomieszczenia promieniami zimowego słońca.

            - Dzień dobry Księżniczko, zaraz śniadanie. – Black uśmiechnął się do niej promiennie i ucałował jej czoło, a zaraz po tym opuścił pokój. McRain westchnęła cicho z powrotem opadając na poduszki. Przejechała dłonią w miejscu gdzie przed chwilą leżał Syriusz, a zaraz potem palcami drugiej ręki dotknęła swoich ust. Zachichotała cicho, okrywając się szczelniej kołdrą, z której wciąż bił JEGO zapach.

***

            - Rogacz to była jedna z najlepszych nocy w moi… - Łapa zatrzymał się w pół kroku, zaraz po tym jak z hukiem otworzył na oścież drzwi od męskiego dormitorium. Na jego łóżku w najlepsze spała Ruda, a Rogacz jak gdyby nigdy nic paradował w samych dżinsach po pokoju, szukając swojej granatowej bluzy. Black skrzywił się, widząc śpiącą w jego łóżku rudowłosą. – Stary, no nie mów, że zrobiliście to na moim łóżku! My z McRain oszczędziliśmy tego Lilce! – warknął z wyrzutem arystokrata. Potter wywrócił oczami z dezaprobatą, wciągając na siebie białą koszulkę.

            - Nic nie było. – odparł spokojnie, zapinając zamek bluzy. – Dokończyliśmy z Evans jedynie nasze zapasy Ognistej. – w jego oczach rozbłysła niebezpieczna iskra, gdy spojrzał na przyjaciela.

            - Nic? Zmarnowałeś tę noc kolego… - Syriusz poklepał przyjaciela po ramieniu. – My z Rose nie próżnowaliśmy, jestem straaaaasznie niewyspany. – ziewnął przeciągle po czym zamknął się w łazience, mocno trzaskając drzwiami.

            - Blskjdhf, ksjnzoaijdię… - Lily odwróciła się na brzuch, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem.

            - Proszę? – James nie mógł ukryć rozbawienia, więc parsknął śmiechem, uspokoił się jednak, kiedy dziewczyna rzuciła w niego poduszką.

            - Mówiłam, że zabiję Blacka, on nie potrafi się zachowywać cicho, czy on myśli, że jak wstał, to muszą wstać wszyscy?! – warknęła groźnie Evans, siadając na łóżku. Ból głowy był tak nieznośny, że Ruda ledwo otworzyła oczy.

            - A jakieś przywitanie z rana? No nie wiem, wczoraj bawiłam się wspaniale James ożeń się ze mną? – zaśmiał się Rogacz,

            - Fakt bawiłam się dobrze, dziękuję – spróbowała się do niego uśmiechnąć jednak jej twarz wykrzywiła się jedynie w jakimś nieodgadnionym grymasie. – ale nie żeń się ze mną…
            - Sama nie wiesz co tracisz – chłopak wzruszył ramionami. - Masz. – Rogacz podał jej małą fiolkę ze srebrnym płynem w środku,. Evans spojrzała na eliksir, a później na chłopaka. – No pij, pomoże Ci.

            - Wiesz, ostatnim razem jak Cię posłuchałam to skończyłam w Twoim dormitorium w dodatku pijana jak nigdy… - odparła bez przekonania, patrząc jak płyn mieni się w promieniach słońca.

            - To eliksir Syriusza na kaca, pomaga. – mrugnął do niej oczkiem, mierzwiąc sobie włosy na czubku głowy. Dopiero wtedy Evans zrozumiała jak źle musi wyglądać. Szybko wyżłopała zawartość buteleczki i poderwała się na równe nogi do lustra, wiszącego w szafie. Włosy sterczały każdy w inną stronę, a pod oczami miała sine worki.

            - Boże, jak ja wyglądam… - mruknęła, przerażona niecodziennym widokiem.

            - Jak zwykle pięknie. – tuż za nią pojawił się Potter z promiennym uśmiechem na ustach. Lily puściła jego uwagę mimo uszu, gdy z łazienki wyszedł Black. Ręcznik niebezpiecznie zwisał na jego biodrach, z każdym krokiem chłopaka obsuwając się nieco w dół. Nagi umięśniony tors prezentował się wspaniale, gdy wprost na jego klatkę piersiową skapywała z włosów woda.

            - Łapa, mógłbyś się ubrać! – prawie wykrzyknęła zniesmaczona rudowłosa, mocno zaciskając oczy i odwracając głowę.

            - A Ty uczesać! – odparł szybko chłopak, szczerząc do niej dwa rzędy białych zębów. – Ciesz się, że w ogóle się kąpię! Kiedyś z Rogaczem na trzecim roku zrobiliśmy sobie zawody, kto dłużej wytrzyma bez wody, Rogaś złamał się po tygodniu. – kończąc swoją opowieść, Syriusz nie zapanował nad niesfornym ręcznikiem, który zsunął mu się na podłogę. Lily zapiszczała cicho, ciężko nabrała powietrza, a James zaśmiał się głośno, kiedy Black jak gdyby nigdy nic, przemaszerował całkiem nagi przez dormitorium, a później zamknął się w łazience.


***

            - Nie mam pojęcia jak to się stało. – Rosaline spłonęła czerwonym rumieńcem, widząc pytający wzrok Lily. Evans starała się wyciągnąć w drodze do Wielkiej Sali od McRain, co działo się wczorajszego wieczoru. – Samo tak wyszło, ale było cudownie. – rozmarzyła się brunetka, otwierając drzwi Wielkiej Sali. W pomieszczeniu znowu stało pięć długich stołów, jednak uczniów było znacznie mniej niż miejsc.

            - To jesteście razem czy nie? – zapytała podekscytowana rudowłosa, zajmując swoje stałe miejsce.

            - Nie… Tak… Nie wiem! – zachichotała McRain. Szybko jednak się opamiętała, widząc jak do Wielkiej Sali wchodzi Syriusz z Jamesem. Prawie bez słowa zabrali się za swoje śniadania. Po chwili do ich grona dołączył Peter, który prawie usypiał na stojąco.

            - No Glizdek, widzę ciężką noc… - bardziej stwierdził niż zapytał Syriusz, dokładnie przeżuwając swoją kiełbaskę.

            - Nawet nie wiesz jak bardzo. – Pettigrew podparł głowę ręką, gryząc tosta.

            - A kogo moje piękne oczy widzą na horyzoncie! – rozpromienił się James, na widok ostatniego z huncwotów, przekraczającego próg Wielkiej Sali. Lunatyk wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego niż zwykle. Remus posłał im blady uśmiech i opadł na swoje miejsce, tuż koło Rosie.

            - Możemy porozmawiać wieczorem? Chcę zjeść i iść spać… - mruknął Lupin podnosząc do ust łyżkę z owsianką. Chłopcy parsknęli śmiechem, a Lily i Rosie zachichotały dziko, co szatyn puścił mimo uszu.


***

Nowy rok zbliżał się wielkimi krokami. Ostatnie dni roku to zawsze czas na podsumowanie swoich dokonań i refleksję. Ile mogliśmy osiągnąć przez te ponad trzysta sześćdziesiąt dni, a ile udało nam się zrobić. Czy dotrzymaliśmy danych sobie rok temu obietnic? Kolejny rok, to zawsze dobry pretekst na podjęcie nowych wyzwań, przedsięwzięć. Czasem też możliwość rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Niektórzy trzydziesty pierwszy grudnia traktują jak ostatni dzień życia, inni nie przywiązują zbytniej wagi do tej daty, jednak zawsze nadejście nowego roku jest czymś szczególnym dla każdego z nas.

Po świętach, na kolacji, dyrektor Hogwartu oznajmił, że w nowym półroczu ruszą lekcje teleportacji dla uczniów, którzy ukończyli siedemnaście lat, lub mają urodziny przed trzydziestym pierwszym sierpnia, co spotkało się z ich gorącym entuzjazmem.

Od razu po kolacji, Lily swoje kroki skierowała do szkolnej biblioteki. Już od świąt zaczęła systematycznie powtarzać materiał, który mógłby się pojawić na OWUTEMACH. Pchnęła duże dębowe drzwi, które donośnie zaskrzypiały. Pani Peeks śledziła każdy jej ruch, dopóki nie zniknęła za wysokim regałem, szybko zajęła wolny stolik w najbardziej odległym kącie biblioteki. Od razu wyjęła ze swojej torby dwa opasłe podręczniki do nauki zaklęć.
Szybko przekartkowała pierwsze strony, po czym zagłębiła się w lekturze. Czytała dokładnie, zdanie za zdaniem, dopóki w pomieszczeniu usłyszała znajomy śmiech, a później tak dobrze znane jej: Panie Potter, czy już na wstępie mam Pana stąd wyprosić?, a później znowu cichy chichot chłopaka i wymuszone Przepraszam. Odwróciła się i w tym momencie pożałowała tego co zrobiła, wraz z Jamesem, przez środek biblioteki maszerowała ta sama dziewczyna, z którą Rogacz tańczył na balu. Obok czarnowłosej szła jej najlepsza blond przyjaciółka, która zazwyczaj mało się odzywała, ale sprawiała wrażenie znacznie milszej niż Elaine. Ruda odetchnęła z ulgą, kiedy usiedli w dużej odległości od niej. Wciąż zerkała w ich stronę, jednocześnie starając się wrócić do czytania, które nie szło jej za dobrze, odkąd w bibliotece pojawił się Rogacz ze swoimi koleżankami. Od kilkunastu minut starała się zrozumieć sens jednego zdania. Zatrzasnęła książkę i weszła miedzy regały, skąd miała znacznie lepszy widok na Jamesa. Siedział pochylony nad podręcznikiem i zawzięcie tłumaczył coś Elaine i jej przyjaciółce, które siedziały wpatrzone w niego jak w obrazek, chyba nie do końca rozumiejąc co Potter do nich mówi. Prychnęła cicho i przejechała palcami po grzbietach książek, szukając Zaklęcia i uroki poziom zaawansowany wydanie poszerzone o zaklęcia niewerbalne. Spojrzała na półkę wyżej, gdzie spoczywał wymieniony podręcznik. Rudowłosa wspięła się na palce, jednak wciąż była zbyt niska, żeby go dosięgnąć. Odruchowo przeszukała wszystkie kieszenie, po czym zorientowała się, że różdżka została w szufladzie w dormitorium. A gdyby teraz ktoś napadł na zamek? Przemknęło przez jej myśl, ale po chwili zganiła się za tak irracjonalne pomysły. Jakie zdziwienie ogarnęło ją, kiedy ktoś stanął tuż za nią i zdjął dla niej podręcznik. W bardzo głębokiej głębi duszy miała nadzieję, że to Potter, jednak przed nią stał ktoś inny. Nie byle ktoś, ale kapitan drużyny Puchonów w Quiditchu, wysoki szatyn o szarych oczach, Durie Logan. Rozmawiali razem już kilka razy, chłopak nawet próbował ją kiedyś zaprosić do Hogsmeade, ale rudowłosa nie była zbytnio zainteresowana.

            - To ta? – zapytał podając jej książkę i uśmiechając się do niej.

            - Tak, dziękuję. – odwzajemniła mu się pięknym uśmiechem.

            - Idziesz już do swojego Pokoju Wspólnego? – zagadnął pogodnie, podążając za nią, do stolika, przy którym przed chwilą siedziała.

            - Tak, właśnie się zbieram. – Tak naprawdę miałam tu siedzieć, aż do zamknięcia i twardo się uczyć, ale jakoś nie mogę ich oglądać… cisnęło jej się na język, jednak zachowała resztki rozumu, pakując książki do torby.

            - Może Cię odprowadzę? Idę w tamtą stronę. – popatrzył na nią swoimi szarymi oczami, Lily poczuła się jakby wzrokiem chciał przewiercić ją na wylot. Trochę przeszkadzała jej jego nachalność, jednak po chwili w jej głowie zaświtał znakomity plan.

            - Jasne, czemu nie. – posłała w jego stronę swój najpiękniejszy uśmiech. Odgarnęła długie kasztanowe włosy do tyłu i ruszyła między regałami do wyjścia, wcześniej dbając o to, żeby przejść dokładnie obok stolika Pottera.

            - Lilka! – usłyszała za sobą głos Rogacza.

            - Oh, cześć James, nie zauważyłam Cię. – posłała mu serdeczny uśmiech, jednocześnie ukradkiem obserwując Elaine.

            - Chcesz sama teraz włóczyć się po zamku? Może poczekaj na… - Rogacz nie dokończył, bo zza regału wyłonił się Logan.

            - Dziękuję, nie trzeba. – dobrze wiedziała, że James chciał zaproponować jej, żeby na niego poczekała i żeby razem wrócili do Wieży. – Durie mnie odprowadzi. – uśmiechnęła się do Pottera na pożegnanie, rzucając mu przez ramię bawcie się dobrze. Potter pokręcił głową i wrócił do tłumaczenia swoim koleżankom transmutacji.


***
            - Rosie, możemy porozmawiać? – zapytała cicho rudowłosa, gdy razem z brunetką wieczorem siedziały przed kominkiem w Pokoju Wspólnym Gryfonów.

            - Oczywiście Lily, stało się coś? – McRain podniosła się na kanapie do pozycji siedzącej i uważnie wpatrzyła w rudowłosą. Już na pierwszy rzut oka widać było, że coś trapi Evans. Lily zmarszczyła czoło intensywnie myśląc, kilka razy otworzyła po czym szybko zamknęła buzię jak ryba, której brakuje powietrza.

            - Bo… ja… Nie zauważyłaś, że James ma do mnie jakiś dystans? – brunetka popatrzyła na Lily, jakby nie do końca rozumiejąc o co chodzi przyjaciółce. Rudowłosa widząc to od razu pospieszyła z wyjaśnieniem. – Odkąd zgodziłam się pójść z nim na bal zachowuje się jakoś inaczej w stosunku do mnie, jakby bardziej obojętnie. – Gryfonka widocznie posmutniała. Nie lubiła, gdy ludzie nagle zmieniali do niej nastawienie, zwłaszcza jeżeli był to ktoś dla niej ważny, a Potter w ciągu ostatnich miesięcy stał się jedną z ważniejszych osób.

            - Nie bardzo rozumiem o co Ci chodzi, ale chyba zawsze tego chciałaś, żeby przestał się Tobą interesować…

            - No, czuję się, tak jakby on po prostu dobił swego i już bym go nie obchodziła. – Evans westchnęła ciężko, po czym powoli podniosła wzrok na swoją przyjaciółkę, która intensywnie się w nią wpatrywała. – Ja chyba go po prostu polubiłam…

            - Ale to świetnie! Wreszcie przestaniecie się kłócić! – ucieszyła się McRain.

            - Nie tak, ja go lubię BARDZIEJ. – rudowłosa położyła wyraźny nacisk na ostatnie słowo, tak, żeby Rosaline dokładnie zrozumiała o co jej chodziło.

            - Ohhhhh… Lily, ale to wspaniale! – pisnęła zachwycona brunetka. – Możecie być razem, Rogacz byłby w siódmym niebie, powinnaś z nim porozmawiać i…

            - Nie, nie. – Ruda szybko ostudziła entuzjazm swojej przyjaciółki. – Ja nie jestem tego pewna, nie wiem, może to tylko chwilowe zauroczenie, ja… ja nie chcę go skrzywdzić tym, że nagle coś sobie ubzdurałam… Myślę, że to mogłoby być gorsze od mojej obojętności, ale ja się już z tym dosyć długo zmagam, ja... Nie mogę o nim przestać myśleć Rose… Nie wiem co robić, to w ogóle nielogiczne! – Lily zakryła dłońmi twarz.

            - Lilka, miłość nie jest logiczna. Chociaż raz zrób to co podpowiada Ci serce, nie myśl co będzie dalej, żyj chwilą. W tych mrocznych czasach, które idą, nikt tak naprawdę nie ma czasu. Może warto spróbować, z Jamesem, on naprawdę Cię kocha Lil, zrobiłby dla Ciebie wszystko. Gdybyś tylko skinęła palcem, skoczyłby w ogień na twoje życzenie! Tylko daj mu szansę udowodnić Ci, jak bardzo Cię kocha…


            - Ale to nie jest takie proste, bo jest jeszcze Durie… – warknęła nieprzekonana Lily. Rosie uniosła do góry jedną brew, nie bardzo wiedząc o co chodzi jej przyjaciółce.

            - Durie? – powtórzyła bezmyślnie za rudowłosą.

            - Kapitan drużyny Puchonów w Quiditchu… on chyba coś do mnie ma…

            - A Ty? – zapytała od razu brunetka, uważnie obserwując przyjaciółkę.

            - No jest przystojny i bardzo szarmancki, umięśniony, kiedyś chciał się nawet ze mną umówić… - nieco odpłynęła Evans.

            - Lilka nie pakuj się po prostu w żadną głupotę, proszę… Nie pogrywaj z nimi, to jest najgorsze co możesz zrobić, zwłaszcza… zwłaszcza, że to nie jest fair wobec Jamesa… - westchnęła ciężko McRain, spuszczając w dół wzrok.

            - O czym Ty mówisz Rosie? – obruszyła się Evans. – Jakie nie fair wobec Jamesa? Przecież my nie jesteśmy razem.

            - Ruda, wiesz o co mi chodzi, będzie wściekły jak się dowie, że kręcisz z Loganem.

            - Trudno! – prychnęła krzyżując ręce na piersi. – Chyba mam prawo do szczęścia i nie muszę mieć na to pozwolenia Pottera.

            - Tak, tak, ale przemyśl to jeszcze. A najlepiej po prostu mi zaufaj i trzymaj się od niego z daleka… - posłała rudowłosej uśmiech, dając jej tym samym do zrozumienia, że rozmowa skończona.


***


            - Jezu nie mogę na was patrzeć. – Lily skrzywiła się, widząc przyssaną do Syriusza Rosie. – No porzygam się za chwilę… - mruknęła pod nosem, stawiając ostatnią kropkę na pożółkłym pergaminie. W tym momencie, w dziurze pod portretem pojawił się James. Szybkim krokiem podszedł do przyjaciół i ignorując zakochaną parę, od razu zwrócił się do Lily.

            - Co to miało być? – zapytał z wyrzutem.

            - Ale, że co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi.

            - No to!

            - Możesz jaśniej, nie przywykłam do takich obszernych odpowiedzi? – zapytała z wyraźną ironią, unikając jego wzroku, który, dałaby sobie rękę uciąć, że skierowany był na nią.

            - No w bibliotece z Loganem…

            - O co Ci chodzi? – zatrzasnęła książkę leżącą na stoliku i popatrzyła na niego wściekłymi oczyma.

            - O to że szwendasz się z L O G A N E M. – przeliterował nazwisko Puchona, tak, żeby Lily dokładnie zrozumiała o co mu chodzi.

            - No i co w tym złego, bo nie rozumiem? – uniosła brwi do góry, wyczekując od Pottera wyjaśnienia jego nagłego wybuchu.

            - To, że to jest Logan, Durie Logan, który wykorzystuje takie laski jak ty na prawo i lewo. – warknął nie spuszczając z niej wzroku. Był wściekły, znał tego chłopaka nie od dzisiaj, w Quiditcha nigdy nie grał fair. Nigdy też za sobą jakoś specjalnie nie przepadali. Jego dłonie na samą myśl o szatynie zacisnęły się w pięści.

            - Sugerujesz coś? – posłała mu pytające spojrzenie. – Tylko mnie odprowadził, żebym nie szła sama…

            - Tak, dzisiaj odprowadził Cię do wieży, a za tydzień zaprowadzi Cię do swojego łóżka. – prychnął pod nosem, jednak dostatecznie głośno, żeby Evans to usłyszała, po czym z miną małego dziecka, które obraziło się, bo ktoś zabrał mu lizaka, skrzyżował ręce na klatce piersiowej.

            - Chyba mam prawo robić to na co mam ochotę tak samo jak Ty i Twoja Elaine, a Tobie nic do tego! – warknęła, po czym szybko wybiegła schodami prowadzącymi do dormitorium dziewcząt, wcześniej pakując swoje rzeczy do torby. Przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu kiedy opadła na swoje łóżko. Czyli dalej mu na mnie zależy.


***


            - Black, idioto, puść mnie! – wrzeszczała Lily przez śmiech, kiedy Syriusz przerzucił ją sobie przez ramię i pokonał ostatnie schody prowadzące do Sali Wejściowej jednym susem.

            - Nie dam się obrażać, już nigdy nie powiesz o mnie zapchlony kundlu. Kundel? Może, ale na pewno nie zapchlony! – jednym kopnięciem otworzył drzwi wejściowe i wyszedł na zaśnieżone błonia, a tuż za nim Rosie z Potterem. Kilka kroków dalej szedł Peter i Remus.

            - Łapa kretynie! – krzyknęła Evans, lądując w wysokiej zaspie śnieżnej. Perlisty śmiech Rosaline stłumił śnieg okrywający całe błonia.

            - Może to Cię trochę orzeźwi i przejrzysz na oczy, że nie powinnaś się zadawać z takimi typami jak Logan. – Potter wystawił do rudowłosej język, co ta skwitowała jedynie cichym westchnięciem. Popatrzyła na zegarek zapięty na jej nadgarstku. Dochodziła siedemnasta.

            - Powinniśmy się pospieszyć, jeżeli chcemy zdążyć do Hagrida jeszcze przed kolacją, bo takim tempem to nie zajdziemy do niego do jutra... – Lunatyk, spojrzał na przyjaciół, po czym ruszył przodem do chatki gajowego, gdzie z kominka unosił się ciemnoszary dym. Syriusz zastukał w drzwi potężną kołatką. Po krótkiej chwili, drzwi uchyliły się, a w szparze pojawiła się włochata głowa Hagrida.

            - Cholibka dzieciaki, jak ja żem tęsknił za wami! Wchodźcie, wchodźcie upiekłem ciasteczka dla was, już stawiam wodę na herbatkę. – przyjaciele zrzucili wierzchnie okrycia i rozsiedli się dookoła wielkiego stołu, stojącego na samym środku izby. Hagrid przed każdym z nich postawił kubek wielkości miski, wypełniony gorącą herbatą, a znad ognia zdjął ogromną brytfankę, na której piekły się ciasteczka, które swoim wyglądem nie zachęcały do jedzenia.

            - Co u Ciebie słychać Hagridzie? – zagadnęła Rosie, upijając ze swojej ‘filiżanki’ spory łyk bursztynowego płynu. Uwielbiała tu przychodzić. Zawsze wydawało jej się, że w tej niewielkiej chatce czas płynie znacznie wolniej. Hagrid zawsze chętnie wysłuchiwał jej narzekań na wszystkich i na wszystko. Nie mogła wyobrazić sobie swojego życia po ukończeniu Hogwartu, bez tego zamku, bez profesorów, bez Hagrida. Nie chciała stąd wyjeżdżać, wolałaby zostać tu na zawsze. Czuła się jakby w Hogwarcie nic jej nie groziło, a gdyby tylko przekroczyła bramę zamku to spotkałoby ją jakieś straszne nieszczęście. Doskonale zdawała sobie sprawę, że teraz idą ciężkie, ciemne czasy i już nikt nigdzie nie będzie czuł się bezpieczny. Starała się o tym nie myśleć jednak codzienne artykuły w gazetach o kolejnych morderstwach nie pozwalały jej na beztroskę. Z pierwszych stron Proroka Codziennego nie znikały zdjęcia mrocznego znaku nad różnymi miejscami: domami, szkołami, sklepami, ulicami a nawet nad mugolskim przedszkolem. Prorok Wieczorny prowadził skrupulatną ewidencję liczby morderstw, która była gorzej niż przerażająca. Z zamyślenia wyrwała ją ciepła dłoń Syriusza, która zacisnęła się lekko na jej palcach. Spojrzała na jego twarz. Posłał jej delikatny uśmiech, który prędko odwzajemniła. Cieszyła się, że miała Blacka przy swoim boku. Nie wiedziała tylko jak mocno ten niesforny huncwot należy do niej i jak długo zamierza z nią być. Czy będzie kolejną zabawką w jego rękach? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Pragnęła by tak nie było, pragnęła by Łapa czuł do niej chociaż w połowie to co ona czuła do niego, jednak wiedziała, że nie może oczekiwać od niego zbyt wiele. Postanowiła, że da mu czas, że nie będzie naciskała. Chłopak pogładził wierzch jej dłoni swoim kciukiem, a w jego oczach koloru burzowego nieba, rozbłysły wesołe iskierki, które od razu odwróciły uwagę dziewczyny od rozmyślań nad czekającą ich ciemną przyszłością.